Strona dla ruchu turystycznego rządzi się kilkoma twardymi zasadami.
Musi otworzyć się natychmiast, bo połączenie w okolicy kopalni bywa przeciążone, a klient nie zaczeka. Musi mieć cenę albo widełki — turysta nie napisze maila z pytaniem o cennik, po prostu wybierze kogoś, kto ją podał. Musi mieć zdjęcia, które pokazują, co dostanie. Musi mieć mapę i odległość, bo pytanie „jak daleko od kopalni” pada zawsze. I musi być zrozumiała po angielsku, przynajmniej w kluczowych sekcjach.
Czego na takiej stronie nie potrzeba: historii firmy, rozbudowanego bloga, długiego opisu wartości. To jest treść dla klienta, który wraca — a ten nie wróci.
Strona dla mieszkańców to odwrotność. Tutaj klient czyta, porównuje i wraca do tematu następnego dnia. Działa cennik, opisy usług na osobnych podstronach, opinie, zdjęcia zrealizowanych prac, informacja o zasięgu dojazdu. Kluczowe jest jedno: musi wytrzymać porównanie z krakowską firmą, którą klient otworzy w sąsiedniej karcie. Jeśli tamta ma cennik, a Wasza nie, przegrywacie zanim ktokolwiek do Was napisze.
Część firm z Wieliczki obsługuje oba rynki naraz — restauracja przyjmuje turystów w dzień i mieszkańców wieczorem. Wtedy nie wybieramy jednej ścieżki, tylko budujemy stronę z dwiema wyraźnymi drogami od pierwszego ekranu, zamiast uśredniać komunikat do czegoś, co nie trafia w nikogo.
Wszystko kodujemy od zera, na własnym systemie, zamiast doklejać treść do ciężkiego szablonu — i przy ruchu turystycznym to nie jest szczegół techniczny. Strona ładująca się trzy sekundy zamiast jednej traci realną część klientów, którzy stoją na ulicy i mają wybór między Wami a lokalem obok.
Do tego dochodzi struktura pod wyszukiwarkę: osobna podstrona na każdą usługę, poprawne nagłówki, unikalne opisy, dane strukturalne. Bez tego strona nie ma szans rankować na nic konkretnego — a w Wieliczce, gdzie konkurencja to szablony bez lokalnej treści, jest to szczególnie łatwe do wygrania.