Zacznijmy od tego, jak w takim miejscu trafia do firmy nowy klient.
Prawie nigdy przez reklamę. Ktoś pyta znajomego, znajomy podaje nazwisko albo nazwę firmy, i dopiero potem — prawie zawsze — ta osoba wpisuje to w wyszukiwarkę. Nie po to, żeby porównać oferty, tylko żeby sprawdzić, czy firma w ogóle istnieje i wygląda poważnie. To jest moment, w którym marketing internetowy albo domyka polecenie, albo je gubi. Jeśli w wynikach nie ma nic poza wpisem w katalogu z 2016 roku, część takich poleceń po prostu wyparowuje — i nikt się o tym nie dowie, bo ten człowiek nigdy nie zadzwoni.
Drugi mechanizm to granica gminy. Firma z Wiśnicza, która obsługuje tylko Wiśnicz, ma rynek kilku tysięcy osób i sufit, w który uderza po kilku latach. Ta sama firma widoczna w Bochni, Lipnicy Murowanej, Trzcianie, Łapanowie i Żegocinie ma rynek kilkunastu razy większy przy tym samym zespole i tym samym sprzęcie. Cała robota polega na tym, żeby ktoś z Bochni w ogóle dowiedział się, że taka firma istnieje — bo do niego wieść z Wiśnicza sama nie dojdzie.
Z tego wynika, co robimy i czego nie robimy. Robimy: wizytówkę Google z realnymi zdjęciami i regularnie zbieranymi opiniami, stronę, która wytrzymuje sprawdzenie po poleceniu, opisany zasięg dojazdu nazwami konkretnych miejscowości, i widoczność na frazy powiatowe zamiast gminnych. Nie robimy: codziennych postów w social mediach dla dwustu obserwujących, kampanii płatnych wycelowanych w miasteczko, ani rozbudowanych serwisów, w których nikt nigdy nie kliknie dalej niż w numer telefonu.
I rzecz, którą mówimy tylko tutaj: jeśli po rozmowie okaże się, że wystarczy Wam poprawiona wizytówka i jedna prosta strona, powiemy to wprost. W miasteczku, w którym za pół roku i tak się miniemy w sklepie, sprzedanie komuś zakresu na wyrost jest po prostu złym interesem.