Zacznijmy od tego, jak faktycznie wygląda tu wyszukiwanie.
Człowiek jadący na południe potrzebuje kawy, paliwa, serwisu albo noclegu. Otwiera mapę, patrzy, co jest po drodze, sprawdza godziny i ocenę, dzwoni albo po prostu jedzie. W całym tym procesie ani razu nie ogląda listy dziesięciu wyników tekstowych. Wniosek jest niewygodny dla branży SEO, ale prawdziwy: dla firmy przy trasie kompletna wizytówka z aktualnymi godzinami, zdjęciami i świeżymi opiniami jest ważniejsza niż pozycja strony. Dopiero gdy to działa, ma sens rozmowa o reszcie.
Drugi przypadek to firmy usługowe pracujące dla mieszkańców powiatu suskiego: Maków Podhalański, Zembrzyce, Stryszawa, Budzów, Jordanów, Bystra-Sidzina. Tutaj klasyczne lokalne SEO działa normalnie i konkurencja jest niewielka. Zajmujemy te frazy jedną porządną stroną z realnym opisem rynku — nie kilkunastoma landingami, bo to prosta droga do kary za doorway pages.
Trzeci przypadek to producenci mebli i wyrobów z drewna. Tu mówimy wprost, że lokalne SEO jest złą usługą. Ich klient jest z całej Polski i szuka wyrobu, nie miejscowości. Fraza z nazwą miasta nie ma wolumenu odpowiadającego skali sprzedaży. Właściwa praca to frazy produktowe, opisy typów wyrobów i galeria realizacji. Odradzamy tu lokalne SEO, mimo że jest to dla nas mniejsze zlecenie.
Czwarty przypadek to turystyka. Gość wpisuje nazwę pasma, szlaku albo atrakcji, nie nazwę miasta powiatowego. Treść buduje się wokół regionu i konkretnych powodów przyjazdu, z wyprzedzeniem przed sezonem — bo Google potrzebuje czasu, żeby nową treść ocenić i zacząć pokazywać.