Rozłóżmy oba rynki, bo różnice są konkretne i przekładają się na budżet.
Klient turystyczny szuka po angielsku, po niemiecku albo po hiszpańsku, jest na telefonie, ma kilka godzin w mieście i nigdy tu nie wróci. Decyduje w kilkanaście sekund na podstawie zdjęć, ceny i odległości. Nie przeczyta zakładki „O nas” i nie zainteresuje się historią firmy. Dla niego liczy się szybkość ładowania, wizytówka Google z aktualnymi zdjęciami i informacja, jak daleko jest do Was od kopalni. Wszystko inne jest dodatkiem.
Klient-mieszkaniec zachowuje się odwrotnie. Szuka wieczorem, po pracy, często w drodze z Krakowa. Porównuje kilka firm, czyta opinie, sprawdza ceny i wraca do tematu następnego dnia. Dla niego działa treść, cennik i sygnały zaufania. I tu pojawia się prawdziwy konkurent, którego większość firm z Wieliczki nie bierze pod uwagę: nie sąsiad z tej samej ulicy, tylko Kraków. Klient z Wieliczki bez wahania pojedzie dwadzieścia minut dalej, jeśli lokalnie nie znajdzie w Google nic sensownego. To zapytanie po prostu wyjeżdża z miasta i nikt tego nie zauważa, bo nie ma jak zauważyć czegoś, co się nie wydarzyło.
Dlatego lokalne SEO ma tu podwójne zadanie: wygrać z sąsiadem i zatrzymać klienta przed wyjazdem do Krakowa. To drugie jest w Wieliczce ważniejsze i rzadziej rozumiane.
Co do konkurencji w wyszukiwarce — sprawdziliśmy to. Frazy z nazwą Wieliczki obsługują niemal wyłącznie strony generowane szablonowo, w których poza nazwą miasta nie ma o nim ani jednego zdania. Wystarczy napisać coś, co brzmi jakby pisał to ktoś, kto tu bywa, i to już jest przewaga.
Do Wieliczki mamy około czterdziestu kilometrów z Nowego Wiśnicza, czyli mniej więcej trzy kwadranse. Na spotkanie dojeżdżamy.