Rozdzielmy więc dwa rynki, bo wymagają odwrotnych działań.
Rynek turystyczny. Zapytania krążą wokół regionu i atrakcji, nie wokół gminy. Praca polega na budowaniu treści wokół powodów przyjazdu: konkretne zamki i szlaki w pobliżu, wspinaczka, trasy rowerowe, weekend z dziećmi, pobyt z psem. Do tego dochodzi własna nazwa obiektu — fraza, na której trzeba być pierwszym, a którą zaskakująco wiele obiektów przegrywa z portalem rezerwacyjnym tylko dlatego, że nie ma porządnej strony. Fraz ogólnych z nazwą regionu nie obiecujemy: tam stoją portale i duże serwisy turystyczne, których pojedynczy obiekt nie odbierze.
Rynek lokalny. Tutaj jest odwrotnie i znacznie łatwiej. Usługi, budownictwo, motoryzacja, zdrowie — klasyczne frazy z nazwą miasta i gmin powiatu działają normalnie, a konkurencja jest niewielka. Zapytania idą z Olkusza, Wolbromia, Bukowna, Bolesławia, Kluczy i Trzyciąża. Pojedynczo mają mały wolumen, razem tworzą sensowny strumień o bardzo wysokiej intencji. Obsługujemy je jedną porządną stroną z opisanym zasięgiem, nie osobnym landingiem na każdą gminę — bo prawie identyczne podstrony to doorway pages i ryzyko dla całej witryny.
Trzeci element to mapy, wspólny dla obu rynków. Turysta szukający miejsca na obiad i mieszkaniec szukający warsztatu robią to samo: otwierają mapę. Kompletna wizytówka z aktualnymi godzinami, zdjęciami i świeżymi opiniami daje tu więcej niż praca nad pozycją strony i jest zwykle pierwszym krokiem, na jaki warto wydać pieniądze.
Czwarty element to kierunek zewnętrzny. Blisko są Kraków i Śląsk, a spora część zapytań przychodzi właśnie stamtąd — również do firm usługowych. Materiały SEO planowane według granic województwa ten drugi kierunek zwykle pomijają. To niewykorzystana luka, pod warunkiem że faktycznie tam jeździcie.
I rzecz o kalendarzu: treść pod sezon przygotowuje się przed sezonem. Google potrzebuje czasu, żeby nową stronę ocenić, więc materiał zrobiony w maju na majówkę jest spóźniony o rok.