Zacznijmy od rynku turystycznego, bo tu najczęściej marnuje się pieniądze.
Frazy ogólne w rodzaju noclegu z nazwą regionu należą do portali rezerwacyjnych i dużych serwisów turystycznych. Pojedynczy obiekt ich nie odbierze i obiecywanie tego byłoby nieuczciwe. Miejsce, w którym da się wygrać, to zapytania szczegółowe: konkretna gmina zamiast całego Podhala, konkretna cecha obiektu, konkretna atrakcja w pobliżu, konkretny termin w rodzaju ferii czy sylwestra. Portale opisują to słabo, bo ich strony powstają automatycznie z filtrów. Do tego dochodzi własna nazwa obiektu — fraza, którą zaskakująco wiele pensjonatów przegrywa z portalem tylko dlatego, że nie ma porządnej strony.
Teraz rynek mieszkańców, czyli usługi, budownictwo, motoryzacja, zdrowie. Tu jest zupełnie inaczej i znacznie łatwiej. Konkurencja jest niewielka, a zapytania idą z kilkunastu gmin naraz: Rabka-Zdrój, Czarny Dunajec, Szaflary, Nowy Targ, Krościenko, Ochotnica, Łapsze Niżne. Każda z tych fraz osobno ma mały wolumen, razem tworzą realny strumień. Obsługujemy je jedną porządną stroną z opisanym zasięgiem, nie kilkunastoma landingami — bo strony różniące się wyłącznie nazwą wsi to doorway pages i Google potrafi za nie obniżyć ocenę całej witryny.
Trzeci element to mapy. Przy usługach na miejscu — warsztat, gabinet, restauracja — klient otwiera mapę, a nie listę wyników. Kompletna wizytówka z aktualnymi godzinami i świeżymi opiniami daje tu więcej niż praca nad pozycją strony. To dotyczy zarówno turysty, jak i mieszkańca.
Czwarty element to kalendarz. Treść pod zimę przygotowuje się latem, treść pod lato — zimą. Google potrzebuje czasu, żeby nową stronę ocenić i zacząć pokazywać, więc materiał zrobiony w grudniu na ferie jest spóźniony o rok. Na Podhalu, gdzie sezony są ostre, ta jedna zasada robi największą różnicę.