Sklep internetowy dla firmy z Wieliczki układa się zwykle w jeden z trzech scenariuszy.
Pierwszy: produkty regionalne i pamiątkowe. To jest scenariusz najczęściej przegapiany. Turysta, który kupił coś na miejscu i wrócił do Warszawy czy do Niemiec, chce zamówić ponownie — na prezent, dla rodziny, przed świętami. Jeśli nie ma jak, ten przychód po prostu nie istnieje. Sklep z wysyłką krajową i zagraniczną, z opisami po angielsku i z kartką dołączaną do zamówienia zbieraną w sklepie stacjonarnym, zamienia jednorazowego turystę w powracającego klienta. Koszt uruchomienia jest niski, bo katalog zwykle jest niewielki.
Drugi: sprzedaż dla mieszkańców z odbiorem osobistym i dowozem. Wieliczka i okoliczne gminy to spory rynek, a wygoda zamówienia przez internet zamiast telefonu działa równie dobrze w branży spożywczej, budowlanej co ogrodniczej. Tu nie ma potrzeby walczyć o klienta z całej Polski — logistyka jest prostsza, koszty niższe, a marża zostaje.
Trzeci: pełny sklep konkurujący ogólnopolsko. To najtrudniejszy wariant i mówimy o tym wprost. Rynek e-commerce jest nasycony, a przewaga lokalizacyjna przestaje mieć znaczenie w momencie, w którym konkurujesz z magazynem pod Łodzią. Ten scenariusz ma sens przy wyraźnie wyróżniającym się produkcie albo niszy, nie przy asortymencie dostępnym wszędzie.
Technicznie: sklep budujemy u siebie, od zera, na naszym autorskim systemie — przy niewielkim katalogu pamiątek jest to wariant „na start”, tani w uruchomieniu i prosty w obsłudze. Przy sprzedaży zagranicznej dochodzą kwestie, o których warto wiedzieć zawczasu — wielojęzyczność, waluty, koszty wysyłki poza Polskę i podatki. Da się to zrobić, ale nie jest to „dodanie języka”.
I zasada, którą powtarzamy każdemu: sam sklep nie generuje sprzedaży. Musi mieć skąd wziąć ruch. Przy sklepie z pamiątkami tym źródłem bywa sprzedaż stacjonarna i to jest najtańszy możliwy start — wystarczy, żeby każdy klient wychodzący ze sklepu dostał informację, gdzie może zamówić ponownie.