Zacznijmy od tego, kto realnie zajmuje pierwszą stronę wyników.
Na frazach ogólnych stoją serwisy rezerwacyjne i duże portale turystyczne. Ich przewaga to tysiące podstron, lata historii domeny i budżet na treść, którego nie da się dogonić. Pojedynczy obiekt nie wejdzie tam wysoko i nie ma powodu, żeby obiecywać coś innego.
Gdzie jest miejsce, w którym da się wygrać. W długim ogonie, czyli w zapytaniach, które opisują konkretną potrzebę: nocleg z balią, domek dla ośmiu osób, obiekt przyjazny psom, coś blisko konkretnego wyciągu, pokój na sylwestra, miejsce z parkingiem dla busa. Te zapytania mają mały wolumen pojedynczo, ale bardzo wysoką intencję — ktoś, kto tak szuka, wie, czego chce, i rezerwuje szybciej. I co najważniejsze: portale opisują je słabo, bo ich strony powstają automatycznie z filtrów, a nie z wiedzy o obiekcie.
Drugi obszar to mapy. Przy wyborze restauracji, wypożyczalni czy usługi na miejscu gość otwiera mapę, a nie listę wyników. Kompletna wizytówka ze świeżymi zdjęciami, aktualnymi godzinami i regularnie zbieranymi opiniami jest tu ważniejsza niż jakakolwiek praca nad pozycją strony.
Trzeci obszar to marka. Gość, który zna nazwę obiektu z portalu albo z polecenia, wpisuje ją w wyszukiwarkę. To jest fraza, na której musisz być pierwszy — i akurat tę wygrywa się łatwo, o ile strona w ogóle istnieje i jest poprawnie zbudowana. Zaskakująco wiele obiektów przegrywa własną nazwę z portalem.
Czwarta rzecz: sezon planuje się z wyprzedzeniem. Treść pod zimę przygotowuje się latem, bo Google potrzebuje czasu, żeby ją ocenić i zacząć pokazywać. Materiał zrobiony w grudniu na ferie jest spóźniony o rok.