Rozłóżmy to na konkrety, bo różnica jest fundamentalna i najczęściej pomijana.
Strona firmy produkcyjnej z Dobczyc nie ma sensu jako wizytówka lokalna. Ma sens jako narzędzie sprzedaży B2B. Osoba po drugiej stronie porównuje trzech dostawców i szuka powodów, żeby dwóch odrzucić — więc potrzebne są konkretne specyfikacje zamiast ogólników, katalog albo karty produktów do pobrania, informacja o mocach przerobowych i minimalnych zamówieniach, certyfikaty i bardzo często wersja angielska. Formularz kontaktowy typu „napisz do nas” jest za słaby; potrzebny jest taki, który od razu zbiera dane do wyceny: co, ile, na kiedy. Bez tego każde zapytanie oznacza trzy maile wymiany, zanim ktokolwiek zacznie liczyć.
Strona firmy turystycznej albo gastronomicznej działa odwrotnie. Klient przyjeżdża nad jezioro na weekend, decyduje w kilkanaście sekund na telefonie i porównuje Was z tym, co jest kilkaset metrów dalej. Liczy się szybkość ładowania, zdjęcia, cena, mapa i klikalny numer. Do tego frazy opisowe — „domek nad jeziorem”, „nocleg z psem”, „miejsce na imprezę nad wodą” — bo to na nich mały obiekt wygrywa z dużym ośrodkiem, który ma jedną ogólną stronę.
Trzecia grupa to firmy usługowe obsługujące mieszkańców Dobczyc i okolicznych gmin. Dla nich najważniejsza jest osobna podstrona na każdą usługę i wypisany zasięg dojazdu.
Konkurencja lokalna praktycznie nie istnieje: frazy z nazwą miasta obsługują strony generowane masowo dla setek miejscowości. To znaczy, że jedna porządna strona z realną treścią wchodzi wysoko bez heroicznego wysiłku.
Do Dobczyc mamy około czterdziestu kilometrów z Nowego Wiśnicza, czyli niecałe czterdzieści pięć minut. Na spotkanie dojeżdżamy.