Zacznijmy od tego, co w Bochni realnie się sprzedaje przez internet. Pierwsza kategoria to wszystko, co wiąże się z ruchem turystycznym wokół kopalni soli — pamiątki, produkty regionalne, wyroby lokalnych producentów. Ten klient poznał twój towar osobiście, ufa mu i chce dokupić po powrocie. To najłatwiejsza sprzedaż online, jaką można mieć, bo nie trzeba nikogo przekonywać do marki. Wymaga tylko tego, żeby po wpisaniu nazwy sklepu dało się cokolwiek kupić.
Druga kategoria to zwykły handel dla mieszkańców powiatu, gdzie sprzedaż wysyłkowa jest dodatkiem, a prawdziwą wartością jest rezerwacja i odbiór w sklepie. Klient z Rzezawy czy Łapanowa sprawdza wieczorem, czy macie towar na stanie, i przyjeżdża rano. Jeśli tej informacji na stronie nie ma, dzwoni do konkurencji albo jedzie do galerii w Krakowie. To jest ten moment, w którym bocheński handel realnie traci pieniądze — nie na braku wysyłki, tylko na braku informacji o dostępności.
Trzecia to producenci i firmy z okolicy, które sprzedają w całej Polsce, a lokalizacja nie ma dla nich znaczenia poza tym, gdzie stoi magazyn. Tu wchodzimy w normalny e-commerce z pełną logistyką i kampaniami.
Musimy powiedzieć jedno wprost, bo to najczęstsze rozczarowanie po uruchomieniu sklepu: sklep internetowy to nie jest większa strona, tylko dodatkowa operacja w firmie. Ktoś musi pakować, odpowiadać na pytania o dostawę, obsługiwać zwroty i pilnować stanów. Jeśli w firmie nie ma osoby, która to weźmie, najlepszy nawet sklep umrze po trzech miesiącach. Dlatego przy małych asortymentach czasem odradzamy pełny sklep i proponujemy prostszą formę — katalog z dostępnością i zamówieniem do odbioru. Kosztuje ułamek tego, co sklep, i dla części bocheńskich firm sprawdza się lepiej.
Gdy sklep ma sens, budujemy go z myślą o tym, żeby dało się nim zarządzać samodzielnie, żeby zdjęcia produktów nie ważyły po kilka megabajtów i żeby karty produktów miały szansę pojawiać się w wynikach wyszukiwania.