Rozłóżmy to na liczby, choć bez wymyślania konkretnych procentów.
Prowizja portalu jest naliczana od każdej rezerwacji, w każdym sezonie, przez cały czas trwania współpracy. Strona internetowa to koszt jednorazowy plus utrzymanie. Wystarczy, że kilka rezerwacji miesięcznie przyjdzie bezpośrednio, żeby rachunek się domknął. To jest cała ekonomia tej decyzji i warto ją policzyć na własnych liczbach, zanim cokolwiek zamówisz.
Żeby to zadziałało, strona musi wygrać jeden konkretny moment. Gość znajduje obiekt na portalu, a potem — bardzo często — wpisuje jego nazwę w wyszukiwarkę, żeby sprawdzić, czy da się taniej albo bezpośrednio. Jeśli w tym momencie znajduje stronę, która ładuje się wolno, nie pokazuje cen i nie mówi, czy termin jest wolny, wraca na portal i rezerwuje tam. Jeśli znajduje cenę, dostępność i jasną informację, że rezerwacja bezpośrednia jest korzystniejsza — zostaje.
Z tego wynika lista rzeczy, które muszą być, i krótka lista rzeczy, które nie mają znaczenia. Muszą być: aktualne ceny za okresy, kalendarz dostępności albo choćby uczciwa informacja o terminach, galeria pokazująca realny stan obiektu, dojazd i parking oraz powód, dla którego warto rezerwować bezpośrednio. Nie mają znaczenia: rozbudowana historia obiektu, animacje i wszystko, co spowalnia ładowanie w górach przy słabym zasięgu.
Drugi wątek to sezonowość, w Zakopanem ostrzejsza niż gdziekolwiek indziej. Zima, lato, majówka, sylwester — to cztery różne rynki z różnymi cenami i różną długością pobytu. Strona musi pozwalać zmienić cennik samodzielnie, w kilka minut, bo cena z zeszłego sezonu na stronie jest gorsza niż brak ceny.
Mamy do Zakopanego około dwóch godzin drogi. Pracujemy zdalnie i mówimy to wprost.