Kampania dla firmy z Myślenic wymaga trzech decyzji, z których dwie są specyficzne dla tego miasta.
Pierwsza to sezonowość i pory. Ruch tranzytowy koncentruje się w weekendy i w sezonie. Budżet rozłożony równo przez dwanaście miesięcy oznacza, że w szczycie brakuje pieniędzy wtedy, kiedy klienci realnie są, a w lutym idą one w próżnię. Ustawiamy harmonogram — wyższe stawki w piątki i soboty, wyższe budżety przed sezonem — zamiast stałej kwoty miesięcznej.
Druga to zasięg i Kraków. Tu trzeba uważać w obie strony. Ustawienie promienia obejmującego Kraków wciąga do kampanii rynek, na którym o te same frazy licytuje się kilkunastu reklamodawców z innymi budżetami, więc koszt kliknięcia rośnie. Ale przy usługach turystycznych targetowanie na mieszkańców Krakowa planujących wyjazd bywa dokładnie tym, czego potrzeba. Różnica polega na tym, czy Kraków wchodzi do kampanii świadomie, czy przypadkiem przez ustawienie promienia.
Trzecia to wykluczenia. W kampaniach lokalnych połowa roboty polega na tym, żeby nie pokazywać reklamy: osobom szukającym pracy, informacji turystycznych, darmowych porad. To praca cotygodniowa, nie jednorazowa czynność przy uruchomieniu — i to ona decyduje o rentowności.
Do tego dochodzi strona docelowa. Reklama prowadząca na stronę główną traci większość ruchu, a przy kliencie w ruchu, który ma dwadzieścia sekund, traci go w całości. Musi trafić prosto na to, czego szukał, z ceną i telefonem w zasięgu wzroku.
I zasada podstawowa: mierzymy zapytania i telefony, nie kliknięcia. Przy ruchu tranzytowym szczególnie ważne jest śledzenie kliknięć w numer telefonu, bo tam większość konwersji to połączenie, a nie formularz.