Zacznijmy od tego, co w Nowym Sączu działa najlepiej.
Reklamy z targetowaniem lokalnym. Można pokazać reklamę wyłącznie osobom w promieniu kilkunastu kilometrów, w konkretnym wieku i z konkretnymi zainteresowaniami. Miasto ma na tyle dużą populację, że grupa docelowa jest sensowna, a jednocześnie konkurencja reklamowa jest wielokrotnie niższa niż w Krakowie. Dla usług lokalnych to jedne z najtańszych zapytań, jakie da się dziś kupić.
Druga rzecz to lokalna tożsamość jako element komunikacji. Na Sądecczyźnie „jesteśmy stąd” nie jest pustym hasłem — to realny argument, który ludzie biorą pod uwagę przy wyborze. Marki pokazujące swoje zakorzenienie, zespół i to, że pieniądze zostają w regionie, mają przewagę nad ogólnopolską konkurencją. Warto to wykorzystywać świadomie, a nie przypadkiem.
Trzecia to firmy produkcyjne i eksportowe, których jest tu sporo. Dla nich social media nie sprzedają kontraktów — i mówimy to wprost. Pracują za to przy rekrutacji, która w silnym rynku pracy bywa większym problemem niż sprzedaż, oraz przy weryfikacji przez kontrahenta, który sprawdza, z kim ma do czynienia. To zupełnie inna rola i inny rodzaj treści.
Czwarta to turystyka. Region ma naturalny potencjał wizualny, a klient planujący wyjazd przewija telefon w tygodniu przed weekendem. Reklamy targetowane na duże miasta w okresie przedsezonowym potrafią tu wypełnić obłożenie.
Czego nie robimy: nie kupujemy obserwujących, nie obiecujemy wirala i nie prowadzimy wszystkich platform naraz. Konto z pięcioma tysiącami przypadkowych kont sprzedaje mniej niż z pięciuset osobami z Sądecczyzny.